środa, 09 marca 2011
Starocie

Specjalizację zrobiłem.
Jak Bóg da i konkurenci pozwolą to zacznę drugą (papiery złożone, 10 chętnych na 5 miejsc) - tym razem paliatywną (na co się od dawna zanosiło).
Młody rośnie, pracy dużo... Ech. Nie mam czasu na bloxa...

Pozdrawiam!

12:52, jedruch
Link Komentarze (3) »
środa, 02 grudnia 2009
Nowości

Dawno mnie tu nie było. Misiek pochłania większość mojego wolnego czasu - życie rodzinne to jest to! A dziecko, to najlepsze, co można w życiu zrobić!

Wróciłem do opieki paliatywnej, pracuję w dwóch hospicjach - do jednego dojeżdżam kilkadziesiąt kilometrów, a drugie mam na swoim osiedlu. Nie sądziłem, że po takim czasie i w takiej bliskości czasowej do egzaminu specjal;izacyjnego (już niecały rok) zdecyduję się na come back... Po kilku miesiącach pracy muszę jednak przyznać, że to lubię - nie jest to wielka medycyna, bo i nic wielkiego nie można zrobić - ale smsy i telefony od rodzin zmarłych chorych są potwierdzeniem, że jestem na swoim miejscu.

Nie będę pisał regularnie, bo nie mam na to czasu i w zasadzie już blog nie jest dla mnie wentylem emocji. Pod tym względem już się poukładałem.

17:54, jedruch , Luzik
Link Komentarze (4) »
środa, 27 sierpnia 2008
Przychodzi facet (chyba) do lekarza
Przychodzi do lekarza facet (nie baba tym razem, ale chłop na blokadzie androgenowej) na zastrzyk - spóźniony o dwa tygodnie.
Zapytuje, czy może zmniejszyć dawkę jednego z medykamentów.
Lekarz gada do niego, że jednak warto by było zażywać lek w zalecanej ilości.
A człek poczciwy, ale prosty mówi wesołkowato, że od dwóch miesięcy nie zażywa leku 3x dziennie tylko 1x. "Powinno przecież wystarczyć" mówi.
Na co doktor odpowiada, że skoro już tak zaczął brać, to po co w ogóle pyta, czy może, a w ogóle to po co przychodzi? "Targować się pan możesz na Kleparzu, albo z panem Bogiem. Ja mam mądre książki i profesorów na podorędziu, a pan co? Potem pretensje miej pan do siebie, jak się leczenie nie uda - co zresztą w historii choroby piszę. Idź pan na studia medyczne, boś się z powołaniem minął."
wtorek, 05 sierpnia 2008
Reorganizacja
Nastąpiła zmiana. Duża zmiana.
Pojawił się trzeci domownik - Michałek.
Nowy rytm dnia tudzież nocy, nowe dźwięki - tzn. więcej hałasu wydawałoby się o nic (ale przecież to walka o przetrwanie!), nowe zapachy w domu - jego skóra przede wszystkim, milusia!
Zmęczenie, niewyspanie, którego w życiu nie zamieniłbym na poprzednie lenistwo.

środa, 14 maja 2008
BT
W pracy nie ma mowy o znudzeniu. Zacząłem zajmować się brachyterapią - na razie się przyglądam, od czasu do czasu wkłuję parę igieł w prostatę. Działka radioterapii ciekawa, wymagająca więcej pracy manualnej niż przy leczeniu wiązkami zewnętrznymi. Podoba mi się.
środa, 02 kwietnia 2008
Podsumowanie miesiąca :)
Ja.
Znowu zmiany, znowu krok naprzód (tak myślę).
Trzy lata specjalizowania się już za mną - nawet nie wiem, kiedy to minęło... Jeszcze dwa lata i jesienny egzamin.
Kolejna myśl, że na każdym niemal froncie same powodzenia. Może to efekt mojego nastawienia do życia - cokolwiek bym zrobił, to i tak nie da się wrócić do przeszłości, żeby to zmienić. Nie oglądam się wstecz, żeby się samobiczować.
Instytut.
W ambulatorium trochę sukcesów, trochę porażek - jak zawsze. Któregoś wtorku jeden z pacjentów z rakiem płuca nie za bardzo nadającym się do operacji próbował wymusić na mnie termin rozpoczęcia radioterapii na początek kwietnia, pomimo, że nie było takiej możliwości. Dobrze wychował dzieci zgodnie z ich zainteresowaniami, jest stosunkowo młody (to jego argumenty). Pokazałem mu nasz kalendarz i zaproponowałem, żeby wykreślił z tego dnia, na który chciał mieć zgłoszenie, kogoś z tych pięciu osób tamże wpisanych. Koniec końców mocno się gimnastykując zracjonalizowałem mu zaproponowane postępowanie.
Kilku chamskich pacjentów wychowałem, ku uciesze sekretarek i pielęgniarki, więc jeśli ten dostanie się w moje ręce, też będzie grzeczny i miły. Pan Z. i pan P., zmory dziewczyn z ambulatorium już ich nie tłuką gazetami ani nie wyzywają od k*. Są ugładzeni - no ale jaki doktor, tacy pacjenci.
piątek, 22 lutego 2008
Ambulatorium - po raz nie wiem który...
Lubię "wysuniętą placówkę" - sam nie wiem czemu.
To, co mnie w tym "kręci", to chyba bliski kontakt z pacjentem i wyzwania diagnostyczne.
Z drugiej strony po każdym dniu pracy w ambulansie tkwi we mnie niepokój, czy w tym krótkim czasie, jaki mogę poświęcić człowiekowi, zobiłem dla niego maksymalnie wszystko, co się dało i czy podjąłem własciwe decyzje. Czy dobrze, wnikliwie zbadałem? Czy nie przeoczyłem niczego w mniej lub bardziej pokaźnej historii choroby? Czy kwalifikując chorego do leczenia sprawdziłem wszystkie "za i przeciw"?...
Dużo tych pytań. Odpowiedzi pokazuje życie.
Ostatnio trafił do ZRu pacjent, któremu kilka miesięcy temu napromieniałem bliznę po niezupełnie radykalnym wycięciu raka skóry - teraz trafił z okropnym, rozpadającym się pakietem przerzutowych węzłów chłonnych na szyi, do paliatywnej radioterapii. Ja go miesiąc po zakończeniu pierwszego cyklu leczenia badałem i - wedle wpisów w dokumentacji -  węzły nie były powiększone, a on sam miał mi się pokazać za miesiąc. Nie pokazał się w wyznaczonym terminie, ale dopiero po pół roku z guzem szyi. Ciągle o tym myślę, ale chyba przestanę, bo przyszłoby zwariować - czy ja mu w badaniu nie przeoczyłem zaczynających się zmian? Wtedy miałby jeszcze szansę na operację...
Takie to właśnie jest - ambulatoryjne reminescencje dopadają. Trzeba się bić z własnym poczuciem winy za to, co niestety, nie zawsze ode mnie zależy.

środa, 13 lutego 2008
Decyzje
Odwiedziłem dzisiaj moje poprzednie miejsce pracy - Poradnię Paliatywną. Nie dzieje się tam najlepiej. Zespół nie ten sam, pomniejszony, chociaż pracy ma więcej, kontrakt oddziału trudny do "wyrobienia", ciągłe niesnaski z dyrekcją i częścią zajmującą się opieką długoterminową. Niewesoło. Zatem moja decyzja o rezygnacji z pracy tam i zajęciu się wyłącznie radioterapią była chyba jedną z najlepszych, jakie w życiu zawodowym podjąłem.
poniedziałek, 11 lutego 2008
Życie...
Ubiegły rok był dobry. Nawet bardzo dobry.
Czuję się doceniony w pracy (może też nieco wykorzystywany...), robię to, co lubię, rozwijam się zawodowo.
W końcu miałem czas, żeby choć odrobinę nadrobić zaległości w czytaniu literatury - zafascynował mnie Kapuściński i Myśliwski - geniusze pióra.
Wakacje spędziliśmy w ciekawych miejscach (w końcu, po 4 latach od podróży poślubnej trzeba było się gdzieś razem wybrać), a po wakacjach bez - na szczęście! - problemu udało się nam skutecznie postarać o maleństwo, które do początku wakacji będziemy co miesiąc widywali na usg...
Nie mam prawa narzekać, bo na wszystkich niemal płaszczyznach moje życie układa się pięknie. Zawsze tylko zastanawiam się, co Bóg zażąda w zamian? Może wystarczy Mu moja - mam nadzieję - dość sumienna praca? A może Bóg nie jest kombinatorem, jak się nam wydaje i
będzie to tylko po prostu widok mojego szczęścia...
wtorek, 16 października 2007
Loosing nerves
Pierwszy raz zdarzyło mi się dzisiaj podnieść głos na rodzinę pacjentki. Sprawdziłem kobietce plan leczenia, usiadła na ławeczce czekając na przeprowadzenie jej na aparat, a ja w międzyczasie dostałem citowego pacjenta leżącego, do szybkiego planowania. Udało mi się to zrobić błyskawicznie - ganiałem powyżej dozwolonej prędkości po Zakładzie. Złapał mnie mąż kobitki za rękę i mówi "Niechże pan przyspieszy..." Zagotowałem się i cośtam mu chlapnąłem jęzorem - uważam, że słusznie, bo widział, że zajmuję się chorym w ciężkim stanie. Potem się poprzepraszaliśmy, ale i tak uważam, że zrobiłem dobrze.
środa, 26 września 2007
Ambulans
Dzisiejsze ambulatorium: trzydziestu pacjentów (w sumie nie tak dużo - średnio sześciu na godzinę), czterech pyskujących (13,5%), dwojgu wyznaczyłem terminy radioterapii - w tym były dwie (100%) próby wymuszenia przyspieszenia terminu (sposób pieniężny - ewidentnie korupcyjny - skuteczność 0%).

Teraz siedzę na dużurku popołudniowym - zaplanowałem leczenie oczekującemu na radioterapię pacjentowi (zaczyna w poniedziałek), rozpocząłem leczenie nowych pacjentów i mam nadzieję, że żadne awarie na aparatach się nie przytrafią.
środa, 12 września 2007
Money talks
Nie mam o czym pisać.
A właściwie mam, ale posiadam też trochę samokrytycyzmu i niektórych tekstów, które chciałbym zamieścić z wrodzonej skromnosci nie publikuję.
A niech tam - taki obrazek z dzisiaj...
Moja praca daje mi satysfakcję, ale pacjent albo jego rodzina myslą, że robię to z pobudek czysto ekonomicznych. Słowa żony pacjenta w terminalnym stadium "Niech pan weźmie te pieniądze, pan jeszcze nam będzie potrzebny!!!" mówią wiele o instrumentalnym podejściu do mnie, jako lekarza. A ja pacjenta potraktowałem jak człowieka, a nie jak skarbonkę, którą trzeba rozbić...

środa, 05 września 2007
Media
Media w naszym pięknym kraju sięgnęły dna.
Nie liczy się prawda, ale afera. Znaleźć aferę na pierwszą stronę gazety, to jest coś!
Nieważne, że przesłanka okazuje się w końcu fałszywa, nieważne, że wiadomość ma tak naprawdę mizerną wartość informacyjną - trzeba czymś zaszokować.
Mizerota naszych dziennikarzy powala.
Nie chcę takiej władzy, jaką mamy, ale i nie chcę takiej niekonstruktywnej i dbajacej o sondażowy sukces opozycji.
Nie chcę rządów siłowych, ale rządów z głową.
Nie chcę bezmyślnej krytyki wszystkiego co PiSowskie (bo nie wszystko przecież jest złe), nie chcę zaślepionej pochwały wszystkiego, czym pierdnie pan Kwaśniewski, Tusk, czy komisarz Hubner.
Nie chcę dziennikarzy, którzy potrafią zadać pytanie, a odpowiedź wyemitować bez pytania pierwotnego, natomiast w komentarzu "zadają" zupełnie inne. Nie chcę dziennikarzy manipulujących faktami i odwracających kota ogonem.
Nie chcę dziennikarzy krytykujących Kościół, za trudnosci w przyznaniu się do błędów, a zaskarżających projekt przepisu ustanawiającego odpowiedzialność za wypowiedziane/napisane słowo.
Wystarczy.
środa, 22 sierpnia 2007
Sennie
     Ale senny dzień... Nic się nie dzieje, wszystko toczy się w strasznie wolnym tempie. Siedzę na popołudniowym dyżurze i piszę papiery pacjentów do ZUSu, KRUSu i SRUSu - zaświadczenia, które pochłaniają szmat czasu i które nie wpływają nijak na moją kieszeń, a są częścią mojego szczytnego powołania i powinienem Bogu i ZUSowi dziękować za ten piękny, patriotyczny obowiązek.
     Nic to.
     Pacjentów nie ubywa, wręcz przeciwnie, ale po urlopie czuję się jak 'na gwarancji' - wszystko przychodzi mi gładko, zdążam ze wszystkim w mniejszym biegu niż przed wakacjami, a jak nie zdążam to nie traktuję tego w kategoriach organizacyjnej porażki. Cechuje mnie większy luz - może to intensywność urlopu, mnogość doznań estetycznych podczas niego wpływa na to? Nie wiem, nie chce mi się siebie analizować. Jest wystarczająco dobrze.
     Żoneczka na miejscu, w tym roku rozłąka była wyjątkowo krótka, bo ledwie dwa tygodnie przed moim urlopem i tydzień po - dawno tak nie było. Przeżyliśmy razem fantastyczne wakacje - należały nam się.
     Deszcz za oknem, duchota na dworze, akceleratory pikają, wzbudzone cząstki wibrują niepostrzeżenie w powietrzu, ludzie ciężko chorują, jedni powoli umierają, inni wywijają się śmierci (do czasu)... Życie jest cudowne.
środa, 15 sierpnia 2007
Come back
We wtorek (wczoraj) wróciłem po urlopie do pracy. Było nieźle, bo wszyscy myśleli, że wracam dopiero w czwartek i nie miałem rozpisanych żadnych nowych pacjentów ani ambulatorium. Szybko jednak naprawiono to niedopatrzenie i dostałem dwójkę pacjentów oraz wezwanie na wspomaganie na 'wysuniętą placówkę'.
Pacjentów załatwiłem sprawnie - człowieka z rakiem nerki i przerzutami do kości zdyskwalifikowałem od radioterapii, bo po poprzedniej serii leczenia bóle mu całkowicie ustąpiły i szkoda by go było promieniowaniem na siłę katować. Przy okazji załatwiliśmy mu wcześniejszą konsultację u chemioterapeutów.
Druga pacjentka nie miała wiele czasu, a padł nam jeden z symulatorów, więc umówiłem się z nią na czwartek (najpierw jej wytłumaczyłem, o co w leczeniu chodzi).

Wycisnąłem swój urlop do ostatniej kropli. Nie myślałem o pracy, dopóki się nie znalazłem z rana we wtorek w Instytucie. Ale nie mogę przestać myśleć o wszystkim, co na wakacjach zobaczyłem, przeżyłem - na to jeszcze potrzebuję czasu.
Warto wydać oszczędzane przez lata pieniądze na taki odpoczynek, nie przeliczać dolarów na złotówki przy kupowaniu bułki czy kawy, nie bać się dodatkowo zapożyczyć, żeby zobaczyć cos jeszcze.
Żyje się raz i staram się cieszyć tym, co mam w tej chwili, bo potem... kto wie, co będzie potem?
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 13